metamorfoza Ewy Chodakowskiej

Moja metamorfoza z Ewą Chodakowską

To nie jest dla mnie łatwy post. Wymaga odwagi. Nie żebym kiedyś była jakaś nie wiadomo jaka gruba, ale by udowodnić Wam, że się da, muszę i chcę pokazać Wam niezbyt przyjemne dla mnie zdjęcia z przeszłości.
Z drugiej strony wiem, że obecnie nie mam się czego wstydzić, bo to co widzicie to przeszłość, która (mam nadzieję) nie wróci.

Od przedszkola do Opola

Ale od początku. Jako dziecko, zawsze byłam szczupła. Uwielbiałam ruch i zabawę na świeżym powietrzu, a najbardziej tę na drzewach. Pamiętam orzech w naszym pierwszym domu, który miał taaaaaaaaaakie rozłożyste gałęzie, że można się było wspinać po nim prawie na sam szczyt. Zawsze miałam porozbijane kolana. Nie bardzo kręciły mnie lalki. Lubiłam ruch.
W podstawówce z dziewczynami wygrywałyśmy wszystkie gminne mecze koszykówki i piłki ręcznej. W klasie gimnazjalnej dziewczyn było niewiele, ale w grach zespołowych byłyśmy całkiem niezłe. Poza tym jedne z nas trenowały siatkówkę, inne koszykówkę, a jeszcze inne piłkę ręczną.
A w liceum… Nagłe załamanie. Trafiła mi się klasa dziewczyn „nie ćwiczących”. Większość uciekała od ćwiczeń jak od ognia. W dodatku nauczyciele też nie byli zaangażowani w zajęcia. Pomijam już problem z „załamującą” się salą gimnastyczną. Z miesiąca na miesiąc dziur w podłodze robiło się coraz więcej i więcej. Trzeba było uważać na każdy krok.
Pewnego dnia na zajęciach wfu podszedł do mnie trener licealnego zespołu koszykarek i zaproponował treningi, z racji że: „Widać, że trenowałaś!”. Nie skusiłam się… Nauczyciele innych przedmiotów niezbyt przychylnie patrzyli na tych trenujących, a po drugie koszykówka chyba do końca mnie nie kręciła.
I tak na wfach więcej grałyśmy w tenisa stołowego, czy byłyśmy niedysponowane niż ćwiczyłyśmy. Brakowało mi gier zespołowych. Rozleniwiłam się i pożegnałam z ruchem. Faktyczny problem rozpoczął się na początku studiów.

Zaczęłam się obżerać (nie chcę tego ładniej nazwać) wieczorami. Naprawdę jadłam dużo za dużo. A to chipsy, a to żelki, a to czekoladę, a to cukierki. I przybyło. Ważyłam 75 kg!

Przy wzroście 173 cm to niby jeszcze nie tak tragicznie dużo (podobno u wysokich masa się jakoś „lepiej” rozchodzi” ;p), ale… jak już mama napomknęła mi, że mogłabym trochę schudnąć to zrobiło mi się przykro i zaczęłam się nad tym poważnie zastanawiać. Długo próbowałam sobie wmawiać, że wcale nie jest ze mną tak najgorzej.

Oglądałam się w lustrze, wciągałam brzuch, ale „na duszy” nie czułam się dobrze. Też tak macie/mieliście? Postanowiłam coś z tym zrobić.

Trudne początki

Ewa Chodakowska była już wtedy dosyć popularna. Miałam do niej kilka podejść. W końcu powiedziałam: „Okay, zrobię sobie zdjęcie przed i zdjęcie po, i zobaczymy”.

Nie byłam przekonana, ale podjęłam decyzję. Podjęcie decyzji jest pierwszym i najważniejszym krokiem. O ile codziennie powtarzane zdanie: „Zacznę jutro” nie ma zbyt wiele wspólnego z rzeczywistą chęcią zmiany, o tyle słowa: „Ok, zaczynam dzisiaj” są deklaracją.

Co zadziałało w moim przypadku? Co mnie zmobilizowało? Patrzyłam na te wszystkie metamorfozy i powiedziałam sobie, że skoro wszystkie te dziewczyny dały rady, to dlaczego ja miałabym nie dać?

Pamiętam swój pierwszy skalpel. Po 10 minutach ledwo żyłam. I nie umiałam zrozumieć jak można tyle razy podnieść nogi do góry (i jeszcze „coś tam” nimi machać!), leżąc na brzuchu.
Ćwiczyłam regularnie 3-4 razy w tygodniu. Pierwsze zmiany zobaczyłam, nie tak jak obiecuje Ewka po miesiącu, ale po trzech. Waga spadła. Czy sylwetka się zmieniła? Nie bardzo. Na OCZEKIWANĄ przeze mnie zmianę potrzebowałam około roku.

Gdy zakiełkuje w Was chęć zmian, tylko regularność i wytrwałość jest w stanie Wam tę zmianę zapewnić.

Na początku robiłam mniej powtórzeń, więcej przerw, ale nigdy nie wyłączałam filmu z powodu: „Nie, nie dam rady. Za ciężko”. Prawdopodobnie to wynika z cech mojego charakteru. Gdybym przerwała trening z taką myślą, czułabym się przegraną. Po ćwiczeniach czułam się zmęczona, ale byłam szczęśliwa. Zeszłam do wagi 58-59 kg.

Dawałam z siebie 100%, a to niezwykle ważne. Wiele dziewczyn chce zmiany, ale np. nie chce się zbyt mocno spocić. Tak się nie da! Albo chcesz, zbierasz się w sobie i ćwiczysz albo marudzisz, że za ciężko, że dzisiaj jakiś taki słabszy dzień, że sobie nie poradzisz.

Gwarantuję Ci, że dasz radę! Jeśli nikt w Ciebie nie uwierzy, to ja to zrobię.

W razie wątpliwości napisz do mnie. Wystarczy zacząć, przemóc się w sobie i zabić lenia, i gościa, który siedzi w Twojej głowie, i mówi, że nie masz czasu, że przecież nie jest tak źle, że może jutro, że dzisiaj trzeba posprzątać to i tamto. Marzysz o idealnej sylwetce? Jest w Twoim zasięgu. Zapewniam.

A co z dietą?

Postanowiłam odstawić słodycze, co nie było sprawą prostą. Motywacja płynąca z procesu zmiany, kontrolowała jednak mój ośrodek łaknienia. Mimo to, zmiany jedzeniowe wdrażałam powoli. Pozwalałam sobie na sporo słodkiego szczególnie rano (do dziś tak mam). Wieczorami przestałam być dla siebie samej śmietnikiem. Jadłam pięć razy dziennie. Z czasem udało mi się prawie całkowicie zrezygnować z niezdrowych cukrów.

Zakochana w kuchni

Dzięki nie tyle odchudzaniu, co przejściu na zdrowy tryb życia, zaczęłam eksperymentować w kuchni. Ciasta z fasoli, masy z daktyli i mięty, płatki owsiane w niezliczonej liczbie odsłon, hummusy itp. otworzyły mnie na nowe smaki.

Co zyskałaś?

Poczułam się piękna! Moja przemiana sprawiła, że stałam się pewną siebie dziewczyną.

Można by się jedynie zastanawiać, czy przyczyną nabycia owej pewności był „nowy” wygląd czy wypracowane „nowych” wartości tj regularność, wytrwałość, dobre nawyki. A może i jedno, i drugie.

Zyskałam na pewno o wiele więcej niż „odchudzone” ciało. Uwierzyłam w siebie.

Czy wciąż jestem taka systematyczna? Po 2 latach ćwiczeń na macie w domu z Ewką, Gym Breakiem, Anią Lewandowską i pozostałymi fit dziewczynami… znudziłam się. Zaczęłam truchtać i wkręciłam się w bieganie, rezygnując z domowych treningów, czego z perspektywy czasu żałuję, bo nic nie trwa wiecznie. Z czasem zaczęły cierpieć na tym moje kolana, ale to już temat na inny post. Moja waga obecnie wskazuje koło 62 kg. Biegając, pozwalałam sobie na więcej słodkości, co niekoniecznie było dobre (szczególnie w ostatnim czasie, gdy miałam dłuższą przerwę w biegowej ciągłości).

Obecnie zdeterminowana wracam do formy. Jest dużo łatwiej. Killer Ewy Chodakowskiej nie jest dla mnie killerem. Jestem szczupła, więc ciało też już po paru treningach ładnie się kształtuje. W dodatku w czasie przestoju nie zaprzestałam ruchu w ogóle, tylko ruszałam się mniej niż zwykle. Mimo to sporo spacerowałam, jeździłam do pracy rowerem, bywałam na basenie i sporadycznie na siłowni. Ale to temat na post!

Jeszcze jedna zachęta. Na każdym treningu wymagaj od siebie swoich 100 %.
Te 100 % inaczej będzie się kształtowało na początku Twojej drogi, a inaczej gdy już się wkręcisz w aktywność i zrozumiesz, co traciłaś przez całe wieki wymówek. Zapewniam Cię, że jeśli zaczniesz duma będzie Cię rozpierać, poczujesz się spełnioną kobietką! Uwolnisz tyle endorfin, że będziesz chciała się nimi dzielić z innymi. Tak jak ja robię to teraz. Nie patrz na siebie zbyt krytycznie podczas ćwiczeń. Myśl o efektach, a one nadejdą! Obiecuję! Myślę, że znajdą się wśród moich czytelników osoby, które będą mogły to potwierdzić. Jeśli tak, proszę zostawcie po sobie jakiś ślad dla innych w komentarzach bezpośrednio pod postem.

Niech endorfiny będą z Wami i niech piękno Was uzależnia :)!