viniales

Podróż na Kubę 2017 cz. 3 Viniales

Podróż na Kubę. Na własną rękę.

17-19 luty 2017 r.
Viniales

 

wzgórza

 

Następnego dnia taksówka z Francuzkami przyjechała pod naszą casę. Było bardzo gorąco. Stan techniczny pojazdu pozostawiał wiele do życzenia. Do „charczących” silników już się przyzwyczailiśmy. O klimatyzacji mogliśmy pomarzyć. W połowie drogi zrobiliśmy przerwę na kubańską tuKolę. Podróż trwała koło czterech godzin.

Pierwsze wrażenie

Wjeżdżając do miasteczka, zachwyciliśmy się widokiem urodziwych wapiennych wzgórz o charakterystycznych kształtach.

pasmo górskie

Miejscowość była typową ulicówką o zabudowie rozciągniętej, z budynkami po obu stronach drogi. Wysiedliśmy mniej więcej w połowie i wyruszyliśmy szukać przyzwoitej cenowo casy. Nie chcieliśmy wydać więcej niż 25 CUC (od osoby). Towarzyszyło nam pełne słońce. Jeden z Kubańczyków pomógł nam w znalezieniu kwatery w cichym, oddalonym o około 300 metrów od centralnej ulicy, miejscu.

Rezerwacja cas

Zapewniam, że nie ma sensu, by osoby planujące podróż na Kubę wcześniej rezerwowały nocleg (chyba, że jest w nim coś, co czyni go wyjątkowym). Zaklepując pokój przed wylotem, nie możemy w pełni ocenić, czy będziemy mieszkać w dogodnej lokalizacji. Decydując się na poszukiwania na miejscu, możemy wybrzydzać i wybrać casę o dopasowanym dla nas standardzie. Każdy znajdzie coś dla siebie. Nasz pokój w Viñales był wyposażony w klimatyzację.

casa w viniales

Musieliśmy naprawdę słabo trafić z wyborem miejsca noclegowego w Varadero, ponieważ każdy kolejny domek posiadał urządzenie schładzające pomieszczenie. Przed casą znajdował się mini taras, na którym stały bujane fotele i stolik. Na śniadanie zaserwowano nam dodatkowo miód i świeże pieczywo.

Furmanki

W Viñales mieliśmy zamiar spędzić trzy dni. To tutaj zaczęliśmy prawdziwie odpoczywać. Pierwszego dnia spacerowaliśmy i podziwialiśmy rozciągające się w oddali pasmo Sierra de los Organos. Idąc, musieliśmy mieć się na baczności, gdyż farmerzy jadący pędzącymi furmankami z koniami, nie zwracali uwagi na spacerujących. Sielska atmosfera, niewielka liczba samochód, krajobraz zapierający dech w piersiach – to wszystko sprzyjało odprężeniu…

Rowerami po Sierra de los Organos

Jednego dnia wypożyczyliśmy rowery i wybraliśmy się na przejażdżkę, by rozkoszować się niesamowitymi okolicznościami przyrody. Jadąc, minęliśmy słynny mural przedstawiający ewolucję człowieka. Dalej błąkaliśmy się po górskich dolinach, podziwiając roślinność oraz pasące się krowy.

wycieczka rowerowa

Kubańskie wieczory

Wieczór postanowiliśmy spędzić w klubie Casa de la Musica, który znajdował się przy kościele oraz placu, będącym głównym miejscem spotkań mieszkańców oraz turystów. W otoczeniu przestrzeni publicznej zlokalizowana była również szkoła tańca. Przed wejściem tańczyła kubańska młodzież. Trzeba przyznać, że mieszkańcy gorącej wyspy, salsę mają opanowaną do perfekcji. Aż miło patrzeć jak się ruszają. Tak lekko i naturalnie… W „budce”, zlokalizowanej przy placu, z której wydobywała się głośna, kubańska muzyka, kupiliśmy drinki i poznaliśmy dwóch kolegów z Wrocławia. Chwilę porozmawialiśmy. Klub nie należał do najciekawszych, ale przyjemnie było potańczyć wśród „profesjonalistów”.

Konna przejażdżka

Następnego dnia chcieliśmy pojechać na plażę. Rano musieliśmy wstąpić do kantoru, by rozmienić pieniądze. Długość kolejki nas przeraziła. Straciliśmy godzinę. W zasadzie mogliśmy to przewidzieć, ponieważ w weekend cadeca była nieczynna. Okazało się, że nic nie jedzie już w stronę plaży. Było zbyt późno. Próbowaliśmy załatwić taxi colectivo, ale niestety wszyscy, którzy chcieli “byczyć” się na plaży, już dawno to robili. Nie chcieliśmy całego dnia spędzić w centrum miejscowości. Szczególnie, że wachlarz możliwości był tam naprawdę ograniczony. Poszliśmy przekąsić pizzę i poznaliśmy Hanię, która namówiła nas na konną przejażdżkę. Kupiliśmy bilety w biurze Cubanacan.

cubanacan

Pracownik zaskoczył nas swoją wiedzą o Katyniu. Czytał książkę i przyznał, że bardzo poruszyła go ta przerażająca zbrodnia. Muszę przyznać, że do tego momentu patrzyłam z lekką pychą na kubańską społeczność. Wydawało mi się, że posiadamy dużo większą wiedzę na temat… w zasadzie wszystkiego. Ta sytuacja wyleczyła mnie z mojego krzywo-pysznego postrzegania.na koniu
O 14 mieliśmy się spotkać z Hanią niedaleko placu i wyruszyć do miejsca, z którego rozpoczniemy naszą przejażdżkę. Wkrótce pojawił się nasz opiekun, który okazał się inteligentnym gościem, o świetnym żarcie. Nasza grupa liczyła dziewięć osób i składała się z  trzech Brytyjek, starszego Amerykanina, Hani oraz pary z Belgii. Wszyscy byli naprawdę przesympatyczni. Cała wyprawa miała trwać pięć godzin, a jej koszt wynosił 40 CUC od osoby.
Na koniu znalazłam się może drugi raz w życiu. Prowadzący naszą ekipę Kubańczyk zażartował, że nie musimy się niczego obawiać, ponieważ zwierzęta są na wpół zautomatyzowane. Marcinowi przydzielono konia-przewodnika, który przez całą wyprawę musiał znajdować się na początku grupy, by wierzchowce reszty grupy mogły za nim podążać. Podczas przejażdżki zaczęłam cieszyć się tym, że nie spędziliśmy tego dnia na plaży.
Jednym z widoków, który zapadł mi głęboko w pamięci, jest niesamowity, marsjański kolor ziemi porośnięty tytoniem o soczysto zielonej barwie. Na polach widywaliśmy rolników pracujących przy pomocy byków zaprzęgniętych w pługi. W konną wyprawę wliczone były trzy przystanki.

rolnicy pracujący na polu

Plantacja tytoniu

Pierwsze miejsce stanowiła chata pokryta strzechą wykonana z liści palmowych, w której przywitał nas właściciel plantacji tytoniu. Opowiedział nam o całym procesie powstawania cygar oraz zaprezentował zwijanie mieszanki liści, sklejając tzw “kapturek” miodem. Na skosztowanie każdemu z nas wręczono tytoniowy produkt. Hodowca poradził, żebyśmy końcówkę posmarowali miodem dla podkreślenia walorów smakowych. Po spróbowaniu cygara ruszyliśmy dalej.

plantacja tytoniu

Jaskinia i unfortunate accident

Kolejnym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy była jaskinia. Na jej końcu znajdował się naturalnie wytworzony zbiornik wodny. Brytyjki postanowiły się w nim wykąpać.
To tutaj miała miejsce tragiczno-zabawna sytuacja, o której nie sposób nie opowiedzieć. Starszy Amerykanin miał problem z poruszaniem się po ciemnej jaskini. Prawdopodobnie ze względu na słaby wzrok. Wilgotne i dosyć śliskie kamienie poskutkowały poślizgnięciem. Pomogliśmy wstać naszemu towarzyszowi. Jego spojrzenie było jednak nieco niewyraźne. Wracając, Amerykanin zniknął nam z oczu. Widziałam w oddali, że się gdzieś zatrzymał. Poprosiłam Marcina, by poszedł po niego i zobaczył, co się dzieje. Okazało się, że Pan prawdopodobnie mocno zranił się w nogę –  słowa Marcina brzmiały: “jest tam jakaś krew”.
Amerykanin stał i udawał, że czegoś szuka. “Jakaś krew” okazała się… biegunką! Kubańczycy znajdujący się przed jaskinią zwrócili staruszkowi uwagę, kiwając palcem. Hania próbowała im wytłumaczyć, że to był nieszczęśliwy wypadek i że każdemu taka sytuacja mogła się zdarzyć. Nasz kompan postanowił po sobie posprzątać i spakować WSZYSTKO do woreczka, z którym podróżował w ręku aż do kolejnego przystanku.
Ten unfortunate accident rozluźnił nieco atmosferę i był przedmiotem żartów całej grupy. Gdy dotarliśmy do ostatniego punktu naszej wycieczki, Amerykanin pomachał dziewczynie, która chwilę później miała opowiadać nam o dojrzewaniu kawy, woreczkiem z kupą. Kubanka wskazała mu miejsce, w którym może pozbyć się “niespodzianki”.

Kawa, kawa… KAWA!

Ten przystanek wspominam najprzyjemniej. Słońce zaczęło pomału chować się za wzniesieniami, a niebo stawało się błękitno-różowe. Zamówiłam czarny, gorzki napój, który tak bardzo uwielbiam.

plantacja kawy

Kupiłam również  plastikową butelkę nasion kawy. W drodze powrotnej wyłączyłam myślenie, rozkoszowałam się otoczeniem przyrody i ciszą.

wiecieczka konna

Minął mnie potężny, popielaty byk, którego udało mi się nagrać telefonem. Po pięciu godzinach dotarliśmy na miejsce.

Pożegnanie

Ściemniło się. Byliśmy głodni, ponieważ wzięliśmy ze sobą jedynie dwie niewielkie, ciepłe kanapki kupione w przydrożnym barze. Poszliśmy zjeść, wróciliśmy do casy nieco odpocząć, a późnym wieczorem wyszliśmy na miasto. Usiedliśmy w knajpce, w której grał kubański zespół i zamówiliśmy po dwa drinki. Pierwszy raz piłam napój alkoholowy o nazwie canchanchara, w którego skład wchodził lód, rum, miód i limonka. Smak miodu idealnie współgrał z kwasowością kuzynki cytryny. Ze względu na swoje orzeźwiające właściwości, najbardziej zasmakował mi daiquiri z dużą ilością limonki oraz lodu. Tym sposobem pożegnaliśmy urodziwe Viñales.