uliczka Hawany z samochodem w tle

Podróż na Kubę 2017 cz. 1

Podróż na Kubę. Na własną rękę.

16 luty – 3 marzec 2017 r.
DZIEŃ 1.

 

Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na temat podróży na Kubę na własną rękę, poznać jej koszt oraz wirtualnie podoświadczać „smaczków” miejsc, w których byliśmy oraz poznać szaleńczą (prawie zwariowaliśmy!) przygodę z… kradzieżą i kubańską policją, dobrze trafiłeś!

Słowem wstępu

Wybór miejsca naszej podróży poślubnej był raczej spontaniczną aniżeli przemyślaną decyzją. Marcin wiedział, że chce daleko i że nie w Europie. Zasłyszeliśmy, że ze względu na przywrócenie stosunków dyplomatycznych między USA a Kubą to ostatni gwizdek, by zobaczyć „prawdziwą” – pozbawioną tłumów turystów, niezmakdonaldyzowaną – Kubę.
Zaczęliśmy od poszukiwania tanich biletów. Datę podróży oraz urlopy dostosowaliśmy do terminu lotu. Za bilety w dwie strony zapłaciliśmy 2300 zł za osobę. Mieliśmy spędzić dziesięć pełnych dni na wyspie obfitującej w rum, cygara i salsę! Plany obejmowały odwiedzenie czterech miejsc – Varadero, Havanę, Trinidad oraz Viñales. Zarezerwowaliśmy tylko dwa pierwsze noclegi, mając świadomość że po 13-godzinnym locie o godzinie 18:00, na drugim końcu świata, nie będziemy w stanie szukać prywatnej kwatery, zwanej dalej casa particular (w skrócie casa).

Lot na Kubę przez Jamajkę

Lecieliśmy czarterem TUI z Warszawy. Wylot mieliśmy zaplanowany na godzinę 8:45, który obejmował międzylądowanie na Jamajce. Planowany czas lotu wynosił trzynaście godzin. W samolocie przewagę stanowili goście hotelowi. Można było zauważyć jedynie kilkanaście „plecakowych” podróżników, z którymi pełni wrażeń i emocji integrowaliśmy się na lotnisku w drodze powrotnej do Warszawy. Przed podróżą wiele znajomych współczuło nam wielogodzinnego lotu. Byliśmy dzielni i nie daliśmy się zdołować. Przecież czekała na nas niesamowita, pełna wrażeń i nowych doświadczeń wyprawa! Mielibyśmy się stresować długim lotem? Absurd!

Za dodatkowe 5 Euro wykupiliśmy system rozrywki pokładowej IFE. Mimo, iż zestaw filmów okazał się dosyć ubogi, to udało nam się wygrzebać kilka godnych uwagi. Opadające emocje związane z lotem i podróżą sprawiły, że szybko zasnęliśmy.  Czas płynął dosyć szybko, choć kryzys pojawił się na ostatnim odcinku Jamajka-Kuba.
Po 10 godzinach wylądowaliśmy na Jamajce. Musieliśmy wysiąść i zabrać swój bagaż podręczny. Warto podkreślić, że wychodząc na lotnisko nie mogliśmy mieć przy sobie żadnych produktów mięsnych, więc kabanoski wylądowały w koszu. Na wyspie muzyki reggae spędziliśmy około godziny. Strefa bezcłowa nie stanowiła atrakcyjnego miejsca dla turysty z Europy.

międzylądowanie na jamajce

Na Jamajce, oprócz osób podróżujących na Kubę, wsiadły również te, wracające do Warszawy i to one pierwsze weszły na pokład samolotu z przypisanymi miejscami. Podróżujący na Kubę mogli zajmować dowolne miejsca w swojej klasie, co stanowiło niemały problem dla bardziej wymagających pasażerów oraz rodzin, które przymusowo na czas lotu musiały się rozdzielić. Udało nam się zająć miejsce przy oknie, ale przez ogromne zmęczenie nie potrafiłam już zasnąć. Około godziny 20 wylądowaliśmy w  Varadero.

Pierwsze wrażenia

Pierwszym miejscem, jakie odwiedziłam była toaleta i myśl, jaka przemknęła mi przez głowę brzmiała: „Co ja tu robię? Zachciało mi się Kuby!”. Nie miewam wygórowanych oczekiwań, ale miło, gdy w publicznej toalecie jest czysto. A tam – jeden wielki syf! Nie najprzyjemniejsze przywitanie. Ze względu na przystanek w łazience, bagaż odebraliśmy jako ostatni. Prześwietlono nam plecaki. Dziewczyny obsługujące maszynę głośno dyskutowały, nie skupiając się zbytnio na swojej pracy. Nagle jedna z nich przebudziła się z “gadanego transu” i zapytała, czy w plecaku przewożę „fruit”. Oddałam im jabłko, choć okazało się że wcale nie musiałam. Kubańczycy nie mają dostępu do najpopularniejszych w Polsce owoców i prawdopodobnie obsługa lotniska chciała się nimi poczęstować.
Wychodząc z lotniska poczułam wilgoć oraz egzotyczny, dotąd niespotykany, jednak niezbyt przyjemny zapach. Woń kubańskiego powietrza. Było ciemno. Zauważyliśmy mnóstwo taksówek. Kierowcy głośno ze sobą dyskutowali. Usiedliśmy. Poznaliśmy dwie Polki, które zastanawiały się jak dotrzeć na miejsce zakwaterowania. Włączyliśmy się do rozmowy. Wymyśliliśmy, że pojedziemy razem i oszczędzimy na taksówce. Okazało się, że Marcin zarezerwował nocleg bliżej lotniska, ale znacznie dalej od centrum, do którego kierowały się dziewczyny.
Taksówkarze przez 30 minut wpatrywali się w wydrukowaną przez nas mapkę i nie mieli pojęcia, gdzie zlokalizowane jest osiedla Carbonera. Zaczepiali się wzajemnie, próbując zorientować się, gdzie znajduje się nasza casa. Cała sytuacja wyglądała dosyć zabawnie. To tak jakby mieszkańcy Opola nie wiedzieli, gdzie położone jest osiedle ZWM. Wreszcie jeden z nich wykonał telefon i… udało się! Cena za przejazd (długość trasy – 4 km) wynosiła 10 CUC, czyli około 40 zł. Sporo. W tamtym momencie to nie miało znaczenia. Wymęczeni podróżą pragnęliśmy położyć się i zasnąć.