dziewczyna na plaży

Podróż na Kubę 2017 cz. 6 Varadero

Podróż na Kubę. Na własną rękę.

28 luty – 1 marzec 2017 r.
Varadero

 

Nocleg w Varadero pomógł nam załatwić Palito. Tym razem wylądowaliśmy w dzielnicy Santa Marta. Właścicielka była po 60siątce, ale miała w sobie ogrom ciepła. Razem z nią mieszkał syn z żoną, ich dziecko oraz mały chihuahua. W wynajmowanym pokoju znajdowało się duże łóżko przykryte bordową kapą, dwa ręczniki ułożone w kształcie łabędzi i sztuczne kwiaty. Trudno było mi się odnaleźć w tych ekscentrycznych czterech ścianach. Przyjeżdżając tutaj, nie mieliśmy świadomości, jaka przygoda nas tutaj czeka… To miał być czas pełnego odpoczynku i relaksu przed wyjazdem. Niestety późniejsze wydarzenia przyniosły wyłącznie nerwy i stres.

Kradzież i dłuuuuuuuuga przygoda z kubańską policją

To był piękny, słoneczny dzień, który planowaliśmy spędzić na plaży. Wcześniej musieliśmy rozmienić pieniądze. Z racji tego, że do cadeci mieliśmy około 2 km postanowiliśmy nie wracać z nimi do mieszkania. Oprócz wizyty w kantorze wybraliśmy się do biura podróży, by wykupić sobie jednodniową wycieczkę statkiem na kubańską wyspę – Cayo Blanco.
Znaleźliśmy sklep w centrum handlowym, który jak na kubańskie możliwości był świetnie zaopatrzony i kupiliśmy drobne przekąski na plażę. Wyjście z domu handlowego prowadziło bezpośrednio na plażę. Ręczniki rozłożyliśmy kilka metrów od dalej. Ogromny błąd, który kosztował nas kilkaset złotych. Kolejnym było to, że równocześnie wchodziliśmy do wody. Jedno z nas zdecydowanie powinno pozostać na kocu i pilnować rzeczy. Szczęście w nieszczęściu, że paszport Marcina, karty kredytowe i pieniądze schowaliśmy do saszetki i wzięliśmy bliżej morza. Poprosiliśmy turystów siedzących na kocu o popilnowanie. Na samo wspomnienie tych zdarzeń przechodzą mnie dreszcze.
Ciepło morza, delikatność fal, sypkość piasku i turkusowe niebo miały w sobie synergiczną “moc” sprzyjającą wyciszeniu. Rozkoszowaliśmy się wspólnym czasem, unosząc się na wodzie.

słoneczny dzień z morzem w tle

Wracając na koc, zauważyliśmy, że brakuje plecaka Marcina. Kilka metrów dalej stał policjant, który nogą przytrzymywał nasz ręcznik. Na migi zapytał o to, czy to nasza własność i w ten sam sposób pokazał nam, że pilnuje naszych rzeczy. Oniemieliśmy. Już w tamtej chwili wiedzieliśmy, że nasz plecak został skradziony. Z cennych rzeczy zginęła obrączka Marcina, skórzany portfel, prawo jazdy, wodoodporna obudowa do kamery gopro i kluczyk do pokoju. Rozważaliśmy powiadomienie policji. Ze względu na to, że skradziono dane identyfikacyjne (prawo jazdy), zdecydowaliśmy się poinformować służby o zdarzeniu.
Policjanci kręcili się przy plaży cały czas. Zgłosiliśmy to mężczyźnie, który 10 minut wcześniej przydeptywał nasz ręcznik. Niestety mężczyzna nie posługiwał się językiem angielskim. Na migi wytłumaczyliśmy, co się stało. Zrozumiał. Rozejrzał się wokół, szukając zguby. Następnie wykonał telefon do kolegi z pracy. Na miejscu pojawił się kolejny funkcjonariusz. I kolejny… kolejny… kolejny… Zaczęliśmy się stresować. Z żadnym nie dało się porozumieć. Furorą było zjawienie się łysego gościa z wydziału kryminalnego. Facet wyglądał jak z horroru. Miał krzywe, drobne zęby w nie najlepszym stanie oraz “lekarski”, długi, biały fartuch. Pojawił się z psem tropiącym. Do plecaka! Pies tropiący?! Rozumiecie? Serce skoczyło nam do gardeł.

Zniknięcie Marcina

Inny postawny policjant urządził pokaz władzy i siły. Krzyczał do kolegów i wyraźnie chciał, abyśmy czuli przed nim respekt. Zwrócił się do Marcina i… gdzieś go zabrał. Kazał mi poczekać z pozostałymi przedstawicielami władzy. Cóż za głupota, że zgodziliśmy się na takie rozwiązanie! Byliśmy jednak tak przerażeni niecodzienną sytuacją, że nawet nie pomyśleliśmy o niebezpieczeństwie związanym z rozdzieleniem nas. A mogło przecież stać się wszystko…
Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Policjanci traktowali naszą akcję jako formę rozrywki. Puścili muzykę z telefonu i uśmiechali się do mnie zawadiacko. Umierałam ze strachu. Minęła godzina. Nagle zobaczyłam funkcjonariusza, który “zabrał” mojego męża. Pokiwał mi ręką bym poszła za nim. Ruszyłam.
Tego momentu nie zapomnę nigdy! Marcin siedział w samochodzie przerażony i roztrzęsiony. Zapytałam: “Co się dzieje?”, odpowiedział: “Nie wiem, Marta , nie wiem…”. Chcieli żebym wsiadła do innego wozu. Jeden z nich widząc moje zaniepokojenie, zapytał, czy nie chciałabym pojechać z Marcinem. Bez wahania pokiwałam twierdząco głową. Marcin powiedział, że policjant zabrał go do hotelu. Musiał złożyć zeznania, a dziewczyna z recepcji pełniła rolę łącznika. Pytano go o…

Wozem policyjnym do casy…

Kierowaliśmy się do miejsca naszego zakwaterowania. Przy zameldowaniu nie zostaliśmy poproszeni przez Martę o paszport i podpis w książce meldunkowej. Kolejny stres… W każdym miejscu pilnowaliśmy, by właściciele mieli nasze dane, a tutaj… Za bardzo się rozluźniliśmy.
Gdy Marta zobaczyła nas w obstawie policjantów, przeraziła się. Zlękniona szeptem powtarzała: “pasaporte”  Nie wiem, czy groziłyby nam jakieś konsekwencje z uwagi na brak zameldowania, ale właścicielom na pewno. Miałam przy sobie paszport Marcina. Mój pozostał w pokoju, do którego kluczyk zaginął. Mąż Marty przyniósł zapasowe klucze, które szybko zabrałam. Otworzyłam drzwi. Za mną weszło dwóch policjantów. Całe szczęście, że włącznik światła znajdował się na drugim końcu pokoju. Poniżej znajdował się stolik, na którym leżał dokument. Szybko go schowałam, zaświeciłam światło i wyszłam. Przekazałam paszport Marcie, która wciąż była poddenerwowana. W tym samym czasie dwóch policjantów przetrząsało nasz pokój. Wyciągali z plecaków nawet brudną bieliznę i skarpetki. Wąchali nawet ziarenka kawy.
Przyjechało z nami pięciu albo sześciu policjantów. Marta zaparzyła im kawę. Żartowali, śmiali się i czuli się bardzo zrelaksowani. Żaden z funkcjonariuszy nie spojrzał nam w oczy. Facet w fartuchu poinformował nas, że w piątek rano (w dniu wylotu) przyjdzie do nas komisarz. Pojechali…
Nasz niepokój był coraz silniejszy. Właściciele uspokajali nas, mówiąc, że tutejsza policja jest “good”. Zapytaliśmy o powód przeszukania. Zastanawialiśmy się, czy policjanci nie szukali narkotyków.  O tyle, o ile umieliśmy się dogadać, zrozumieliśmy, że to normalna procedura w przypadku kradzieży. Syn Marty powiedział, że funkcjonariusze prawdopodobnie podejrzewali oszustwo. Myśleli, że ukryliśmy plecak w pokoju. Tylko po co mielibyśmy kłamać?! To było niedorzeczne! Bez przerwy zadawali pytanie, dlaczego nie zgłosiliśmy zaginięcia policjantowi, który przydeptywał nasz ręcznik.
Przeprosiliśmy Martę za skradziony kluczyk do pokoju. Nie złościła się. Wskazała jedynie palcem na paszporty i powtarzała: “problema problema”. Zestresowała się tylko tym, że nie wpisała nas do książeczki meldunkowej.
Syn Marty przygotował nam drinki dla rozluźnienia. Cała akcja trwała 5 godzin! Byliśmy wyczerpani. Postanowiliśmy pójść na spacer do centrum. Cały czas dyskutowaliśmy o sytuacji, która nas spotkała. Wracając, co kilkanaście metrów mijaliśmy policjantów. Stwierdziłam, że to skutek bliskiej lokalizacji komisariatu. Marcin krakał: “Na pewno nas śledzą.” Zbliżając się do naszej casy, zauważyliśmy dwóch mężczyzn w białych koszulkach. Serce znowu podskoczyło nam do gardeł… Tak, to byli oni. Ten, który szczycił się swoją pozycją i gość od białego kitla. Byli przesympatyczni. Ale co u licha robili o 21 pod naszą kwaterą? Wyobraźcie sobie, że przyszli zrobić zdjęcie dłoni Marcina, na której znajdowała się jego obrączka. Zrobili i poszli, przypominając o piątkowym spotkaniu.

Wycieczka na Cayo Blanco. Getto turystyczne

Nie przespaliśmy nocy. Co chwilę budziliśmy się przerażeni, mając wrażenie, że ktoś włamuje się do naszego pokoju. Obudziliśmy się, zjedliśmy śniadanie i spakowaliśmy się na wycieczkę na wyspę Cayo Blanco. Mieliśmy wyjechać spod jednego z hoteli, do którego musieliśmy dojść.
W dalszej części opisu chciałabym skupić się na opisie wyspy, nie na emocjach związanych z kradzieżą, które towarzyszyły nam bez przerwy. W tym miejscu chciałabym podkreślić, że o zdarzeniu powiadomiliśmy ambasadę, za pośrednictwem rodziców. Nie chcieliśmy ryzykować.
Na miejsce, z którego mieliśmy wypłynąć dotarliśmy Transbusem, który podjechał pod ośrodek wypoczynkowy. Byliśmy jedynymi “osobami nie hotelowymi”. Wszyscy prócz nas mieli na sobie opaski identyfikacyjne. Wsiadając do katamaranu, musieliśmy ściągnąć buty. W cenie mieliśmy zapewniony open bar, znajdujący się na pokładzie. W ofercie alkoholowej znalazły się drinki z rumem, piwo i poncz. Czarnoskóry mężczyzna przywitał nas serdecznie w języku hiszpańskim, angielskim, niemieckim i rosyjskim. Posiadał wszystkie cechy dobrego wodzireja. Miał głośny, nieco zachrypnięty głos i był bardzo zabawny.
Płynęliśmy około godziny, popijając napoje alkoholowe. W między czasie zatrzymaliśmy się na nurkowanie. Rozdano nam maski. Marcin wiązał duże nadzieje z tą atrakcją. Miał nadzieję, że w końcu uda mu się poznać mieszkańców podwodnego świata. Niestety znowu spotkał go zawód, ponieważ w okolicy nie zauważył żadnego interesującego stwora.

wakacyjne nurkowanie

Dopłynęliśmy do niesamowitej krainy, posiadającej jedną z najpiękniejszych plaż na Kubie. Biały, drobny piasek oraz woda w różnych odcieniach niebieskiego, niesamowicie ze sobą kontrastujące, tworzyły malowniczy obraz, cieszący oko. Wyspa nie oferuje zbyt wielu atrakcji i jest typowo turystycznym miejscem.

niesamowita i urocza wyspa

Przyznam, że lepiej czułam się w towarzystwie Kubańczyków niż zmanierowanych gości hotelowych. Nie chciałabym nikogo obrażać, ale uwierzcie, zachowanie turystów przy obiedzie było odrażające. Na wyspie znajdowała się drewniana restauracja. Obiad zaserwowano w formie szwedzkiego stołu. Jak na kubańskie warunki wybór był naprawdę spory. Podano m.in. świeże ryby i owoce morza, które smakowały wybitnie. Po zjedzeniu należało zanieść naczynia w określone miejsce. Znaczna część osób zostawiła “brudy” na stołach. W okolicy latało mnóstwo mew, które bez żadnych zahamowań siadały na stołach i wyjadały resztki. Żenujące.
Mieszkając w casach, czułam ciepło i otwartość goszczących nas właścicieli. Turyści przebywający z nami na wyspie byli zamknięci i mało serdeczni. Poza tym, jeśli ktoś kocha morze, leniuchowanie, piękne otoczenie i przepyszne jedzenie, to szczerze polecam odwiedzenie rajskiej wyspy. Zejście do wody jest łagodne, co jest dodatkową zachętą do rejsu z dziećmi.
Po powrocie wyszliśmy do miasta i spotkaliśmy dziewczyny, które poznaliśmy zaraz po przylocie na Kubę. Porozmawialiśmy chwilę, pożegnaliśmy plażę i wróciliśmy do casy. Wycieczka pozwoliła nam się nieco rozluźnić, ale z tyłu głowy czuliśmy ciężar dnia następnego.

Dzień wylotu i kolejne spotkanie z policją

Spaliśmy spokojnie. Śniadanie podano nam około godziny 7:30. To był ten (krytyczny) dzień, w którym nie mogłam już patrzeć na potrawę z jajek. Po zjedzeniu usiedliśmy na tarasie, oczekując na przyjście komisarza. 9:00 i nikogo na horyzoncie. Syn Marty zapytał nas, czy nie wybieramy się na komisariat. Okazało się, że źle zrozumieliśmy przekazaną nam informację. To my mieliśmy stawić się na posterunku. Na szczęście komenda policji była oddalona jedynie o kilkaset metrów, więc poprosiliśmy śliczną, niebieskooką synową właścicielki, by nas tam zaprowadziła. Kazano nam poczekać, ponieważ policjant zajmujący się naszą sprawą pojechał w teren. Czekaliśmy godzinę. Emocje jakby opadły. Przepełniło mnie wewnętrzne poczucie, że nie może stać się już nic złego.
Cierpliwie czekaliśmy na komisariacie, obserwując biegające jaszczurki z zakręconymi ogonami. Po półtorej godziny przyjęto nas do gabinetu. Jeden z policjantów zapytał, czy w casie, w której mieszkaliśmy nie ma osoby, która pomogłaby mu w tłumaczeniu angielskiego na hiszpański. Pokiwaliśmy przecząco głowami.
Znowu “wpakowano” nas w samochód. Tym razem czułam się bezpiecznie. W obecności dwóch funkcjonariuszy pojechaliśmy do budynku, w którym mieściło się biuro. Pracownicy byli bardzo życzliwi i sympatyczni. Przesłuchujący nas policjant w średnim wieku dość dobrze posługiwał się angielskim. Poprosił Marcina, by jeszcze raz opowiedział, co zdarzyło się tego dnia i jakie przedmioty zostały skradzione. W spisanych w środę zeznaniach znajdowało się mnóstwo błędów. Marcin musiał je wyjaśnić na piśmie. Rozmowie towarzyszyły dwie prawniczki, które co jakiś czas wtrącały się w dyskusję.
Wiedziałam, że chcą nam pomóc i zastanawiałam się, czy to zasługa ambasady. Rodzice powiedzieli nam, że placówka dyplomatyczna poinformowała lokalne władze o kontakcie z nami. Dodatkowo tato podkreślał, że pod żadnym pozorem nie mamy dawać paszportów funkcjonariuszom.
Policjanci zrobili zdjęcie mojej obrączki telefonem. Zażartowali, że skoro Marcinowi ukradziono obrączkę, to znaczy, że jest teraz wolny od związku małżeńskiego. Z przesłuchania wypuszczono nas koło 12. Mimo, że zabrano nam kilka godzin, byliśmy uradowani faktem, że cała sytuacja zakończyła się pomyślnie.
Akcja z kilkunastoma policjantami, wydziałem kryminalnym, psem tropiącym, przeszukaniem i godzinami przesłuchań jest nie do przełożenia na polskie warunki. Nie mieliśmy żadnej pewności, że to funkcjonariusze nie maczali palców w kradzieży. Przeszukanie sprawiło, że czuliśmy się jak przestępcy, nie ofiary. Były momenty, w których baliśmy się, że zabiorą nam paszporty i nie wyjedziemy z kraju. Ostatnie trzy dni urlopu mieliśmy z głowy. Teraz mamy o czym opowiadać, bo przeżyliśmy niesamowicie stresującą przygodę, ale podczas zdarzenia ani przez chwilę nie było nam do śmiechu…

Pożegnanie

Po ostatecznym przesłuchaniu poszliśmy kupić pamiątki dla przyjaciół i rodziny. W dzielnicy Santa Marta poszliśmy zjeść kubańską pizzę z budki, która kosztowała 1 CUC. Syn Marty odwiózł nas na lotnisko. Poznaliśmy polskich, “plecakowych” podróżników. Rozmawialiśmy i wymienialiśmy się doświadczeniami. W strefie bezcłowej kupiliśmy sześć butelek rumu. Nikt nie sprawdzał ilości przewożonego alkoholu. Ostatnie CUCi wydaliśmy na kanapki.
W samolocie zrobiło się zamieszanie, ponieważ błędnie wydrukowano bilety i zduplikowano większość miejsc siedzących. Zostaliśmy poproszeni o zajmowanie dowolnych foteli w swojej klasie. Udało nam się usiąść obok przemiłej pary. Posiłek podano nam o 1 w nocy. Zasnęliśmy. Co jakiś czas budziły nas turbulencje. Wylądowaliśmy o godzinę szybciej niż planowano. Stwierdziliśmy, że zabierzemy się z Edytą i jej mężem do Katowic i stamtąd pojedziemy do domu pociągiem. Wychodząc z lotniska na parking, zrobiło się szaro, a w zasadzie czarno, ponieważ wszystkie samochody miały taki sam kolor. Zdążyłam zatęsknić…