kobieta uczestniczka XXIII ekstremalnego rajdu pieszego 2017

Setka z hakiem z perspektywy kobiety – Kobieto, dasz radę!

Czym jest Setka z hakiem?

Setka z hakiem należy do ogólnopolskich ekstremalnych rajdów pieszych, organizowanych przez Harcerski Krąg Akademicki „HAKI” z Opola. Zadaniem uczestników jest pokonanie pieszo 100 km i dodatkowego „haka”, który co roku wiąże się z inną odległością. Czas na przejście całego dystansu wynosi dobę, a trasa składa się z 10 punktów kontrolnych. W zestawie startowym dostajemy m.in. mapę w dużej skali z opisowymi wskazówkami.

XXIII edycja rajdu i „hak” wynoszący 3,16 km…

O wydarzeniu usłyszałam parę miesięcy wcześniej od kolegi z pracy. Zażartowałam: „Jak będzie tak daleko, nie zapomnij o mnie”. Nie brałam wtedy swoich słów zbyt poważnie. Adam startował w poprzedniej edycji rajdu i doszedł do 60 km. Otarć i odcisków było zbyt wiele, choć dziś myślę, że po prostu brakowało mu grupy wsparcia.

Przygotowanie – grunt to odpowiednie nastawienie!

Podczas jednego z treningowo-biegowych wieczorów z moim partnerem biegowym – Maćkiem, usłyszałam pytanie o moje cele biegowe na ten rok, które nie były bliżej zidentyfikowane. Wspomniałam tylko o dyszce w Ozimku i setce… Okazało się, że Maciek jest doświadczonym uczestnikiem harcerskich rajdów. Opowiadał, pytał o sprzęt, drążył… Tak długo aż w końcu poczułam, że chcę i mogę to zrobić.

Adam podkreślał, że musimy dojść co najmniej do 60 km. Maciek radził i budował nastawienie. Na uczestnictwo zdecydował się również Paweł – jak się później okazało – urodzony przywódca, który w chwilach słabości nie pozwolił nam się poddać.
Dwie cenne rady Maćka, które zapamiętałam, których się trzymałam i które powinni mieć na względzie wszyscy przyszli uczestnicy brzmią:

 

1. Nastaw się na ból – „Będzie bolało, pamiętaj!”
2.
Celem jest przejście całego dystansu – „Żadnych półśrodków!”

 

Te słowa dudniły mi w uszach przez cały czas.
Stworzyliśmy grupę, składającą się z trzech znajomych z pracy – mnie, Adama i Pawła. Każde z nas aktywnie spędza wolny czas. Adam trenuje judo, Paweł biega i gra w piłkę, ja biegam i troszkę się „fitnessuję”.

No to zaczynamy… – relacja Setka z hakiemsetka

Nasza przygoda rozpoczęła się w hali sportowej PWZS w Nysie. To mój pierwszy start w tego typu rajdzie, więc mimo dobrego przygotowania sprzętowo-apteczkowo-ubraniowego, towarzyszył mi stres, czego dowodem był zostawiony telefon na stoliku, przy którym prowadzona była rejestracja. Na hali każdy zawodnik był uśmiechnięty i pozytywnie nastawiony.
Mój ubiór stanowiły krótkie spodenki, skarpety kompresyjne, krótki rękawek i sprawdzone buty biegowe. Na hali wyodrębniono przestrzeń, w której uczestnicy zostawiali rzeczy na tzw “przepak” tzn punkt żywieniowo-przepakunkowy, który znajdował się w Schronisku Wieszczyna (60 km).
Zapisaliśmy się na wyjście o 18:54. Pogoda była wymarzona! Przyjemny, ciepły wieczór. Dokładnie pamiętam nasze beztroskie, pierwsze 10 km i słowa Adama; „Szybciej nie idę!”… zdjęcia przy jeziorze, śmiechy, hihy.

Po drodze zaplanowaliśmy, że każde 10 km przejdziemy w czasie 2 h. Już po pierwszych 10 km i zbyt długiej przerwie na pierwszym punkcie kontrolnym okazało się, że będzie to trudne do zrealizowania. Adam męczył się z uwierającymi butami już prawie na początku. Na drugim postoju zaczęliśmy korzystać z plastrów. Co punkt smarowaliśmy nogi wazeliną, by nie nabawić się odcisków i obtarć. Na szczęście z moimi stopami nie działo się nic złego. Powoli zaczęło się ściemniać.

W Ścinawie poznaliśmy tzw. „Adama z Holandii”. Jako że szliśmy (prawie) ostatni, zaprawiony w bojach (głównie procentowych) Pan ruszył z nami. Z naszej trzyosobowej grupy najbardziej polubił Adasia. Wesołkowaty przewoźnik marihuany w oponach od roweru stawał się coraz bardziej męczący. Jednym plusem było to, że szliśmy coraz szybciej (jakoby marzyła nam się ucieczka od dręczyciela). Po około 7-8 km minęliśmy dwie idące pary i… udało się! Zgubiliśmy zawianego opowiadacza!

Tak minęła noc. Na czwartym punkcie zastał nas świt i przywitało nas grono życzliwych osób, częstujących nas ciepłymi napojami. Zwyczajowo posmarowaliśmy nogi, napiliśmy się herbaty, zjedliśmy i… zaczęliśmy marznąć.
Oboje z Pawłem byliśmy ubrani w krótkie spodenki i dla naszej dwójki przejście między czwartym a piątym punktem było mniejszym (dla Pawła), bądź większym (dla mnie) wyzwaniem – bynajmniej nie ze względu na zrobione kilometry, ale brak snu. Widziałam w nas zmęczenie po nieprzespanej nocy. Dokuczały mi lekkie zawroty głowy. Nie do końca wiedziałam, co się dzieje.

Między Prężyną a Prudnikiem spotkaliśmy grupę, która wyłoniła się ze ścieżki, biegnącej wzdłuż pól rzepaku. Zadawaliśmy sobie pytania: „Skąd oni się tam wzięli?”. Humory nam dopisywały. Maszerowaliśmy. Adam zaczął podbiegać. W telefonie zagościł Zenek Martyniuk. Przyznam, że to był dla mnie jeden z przyjemniejszych odcinków. Siły zaczęły wracać. Miałam ochotę biegać i skakać, a mijanie ledwo idących mężczyzn mocno mnie, jako kobietę, mobilizowało.

 

biegniemy z Adamem podczas rajdu przez pola rzepaku

Na piątym punkcie czekała na nas Pani, która poratowała nas spray’em do stóp przeciw odciskom i obtarciom. Dwaj uczestnicy spali na trawie, paru mężczyzn zamierzało zrezygnować. Z boku stopy zaczął mi się tworzyć pęcherz (moje „super” plastry wszystkie zostały już wykorzystane na stopy Adama). Małe palce też były już „opechęrzowane”. Tylko Pawła ziemia i buty nie pokrzywdziły. Prócz delikatnych otarć od plecaka, nic mu się nie działo. Korzystaliśmy z jego siły i energii.

Niezbyt dużo pamiętam z trasy prowadzącej do 60 km, prócz tego, że był to dla mnie jeden z dłuższych odcinków – las i pagórki.

Dotarliśmy do Wieszczyny, w której znajdował się punkt żywieniowy. Wiedzieliśmy, że nie możemy zbyt długo odpoczywać. Zjadłam zupę, ciastka, wypiłam kawę. Adam zaczął się łamać, zastanawiać się, czy jest sens iść dalej z odciskami… Pytał Pawła, czy będzie możliwość rezygnacji na 70 km. Zaczęłam się niecierpliwić. Czułam się naprawdę dobrze. Chciałam już iść. Widziałam, że nie mamy czasu.

Podczas jedzenia przez nas zupy na metę dotarli zwycięzcy. To tylko potęgowało moje zniecierpliwienie! Paweł zachowywał zimną krew, chciał, żebyśmy wspólnie pokonali cały dystans. Adam potrzebował dłuższego odpoczynku dla stóp. Obwiązałam mu nogi opaskami elastycznymi. Zmieniłam buty, ale trzymałam się swoich skarpetek (jakże zakurzonych!).

Przepakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej biegiem. Minęliśmy kolejne grupy osób. Wiedzieliśmy już, że będziemy na mecie (o ile do niej dotrzemy) na styk. Paweł podkreślał, co chwilę, że cel jest tylko jeden. Trzymał mapę i prowadził, dzięki czemu my mogliśmy się skupić wyłącznie na „nie myśleniu” o bólu, bo…

Kryzys

Zaczęło boleć. To był jeden z dłuższych odcinków dla mojej głowy. Myślałam, że nigdy się nie skończy. Na końcu czekała na nas sympatyczna dziewczyna. Byłam rozdrażniona. Widziałam, że nie ma, gdzie usiąść. Adam zmieniał opatrunek. Paweł został z nim, a ja ruszyłam do przodu. Chłopaki zapewniali, że mnie dogonią.

Dystans między Wierzbcem a Nowym Lasem okazał się moim kryzysowym. Było mi zimno. Czułam każdy kamień pod stopą. W Adama wstąpiła ogromna determinacja, która Pawłowi towarzyszyła od początku. Usiedliśmy na mokrej trawie. Zaczęło wiać. Pierwszy raz zmieniłam skarpetki. Nasmarowałam stopy. Widziałam pęcherze. Bolało. Adam zaczął biec, ja płakać.

Świadomość, że przeszliśmy już ponad połowę trasy nie pomagała, bo… Przecież zostało jeszcze 30! Nie brałam jednak pod uwagę możliwości rezygnacji, choć jednocześnie nie wyobrażałam sobie przejścia 30 km z rosnącymi pęcherzami. Paweł odciążył mnie, niosąc mój plecak.

Nierówna nawierzchnia i kamienie dawały się we znaki. Scena, którą zobaczyłam przed wejściem do Nowego Lasu, przypominała epizod z horroru. Pan z kijakmi szedł na sztywnych nogach. Krok po kroczku. Przed nim kobieta, czekająca i motywująca partnera do pokonywania kolejnych centymetrów.

Maciek miał dotrzeć do nas rowerem między 8 a 9 punktem. Poprosiłam, by przyjechał jak najszybciej. Paweł nie mógł biec z dwoma plecakami, a musieliśmy przyśpieszyć. Z 8 punktu wyruszyłam sama, ponieważ Adamowi był potrzebny dłuższy odpoczynek, a ja zaczęłam marznąć. Dołączył do mnie jakiś chłopak, ale jego tempo było zbyt wolne.

Ciągle podbiegaliśmy. W końcu na horyzoncie pojawił się Maciek, który wręczył nam colę i trochę nowej, świeżej energii, która była mi tak bardzo potrzebna. Biegliśmy. Paweł wysunął się mocno na prowadzenie. Po paru kilometrach Maciek nas opuścił, obiecując że będzie z dziewczyną czekać w Jarnołtówku. Trasa wiodła przez remontowaną drogę. W polu leżał chłopak okryty folią. Bełkotał. Dotarliśmy z Pawłem do 9 punktu, zostawiając Adama z tyłu.

biegniemy w rajdzie z bykiem w tle

Maciek poczęstował nas kolejną colą i powiedział, że za około 4 km spotkamy się ponownie. Zaczął się górski odcinek. Nikt nie myślał już o bólu. Szła głowa. Adam ponownie do nas dołączył. Mogłam się wspinać, ale schodzenie w dół było prawdziwą męką. Mięśnie nie trzymały, kolana się wykrzywiały. Opierałam się o chłopaków. Potem drabinka i zejście do piekiełka! Maciek i Kasia powtarzali wciąż: „Jeszcze kawałeczek!”. „Kawałeczek” okazał się prawdziwym kawałem! Przez ostatnie 2 km chciało mi się płakać. Maciek robił zdjęcia, a mi łzy napływały do oczu. Marzyłam tylko o tym, by się rozpłakać… Na mecie.

Sukces!

uczestniczka ekstremalnego rajdu pieszego setki z hakiemOstatni kilometr przebiegliśmy. 23 h i 48 minut. Nie udało mi się uronić łzy, ale nie potrafiłam się też cieszyć. Zjedliśmy zupę. Maciek z Kasią poczęstowali nas piwem. Nie miałam siły nawet się przebrać. Trudno było wstać i odebrać dyplom. Pamiętam jednak uśmiechy uczestników i organizatorów. Udało się! To był wycieńczający marsz, którego nie ukończyłabym bez wsparcia kolegów.
Uwierzcie, nastawienie odegrało najważniejszą rolę w pokonywaniu całego dystansu. Gdy mięśnie odmawiały posłuszeństwa i współpracy, szła głowa. Co zapamiętam z setki? Żółte pola rzepaku! Co dało mi przejście tego dystansu? Wiarę, że mogę i potrafię! Że można pokonać ból, że wiele zależy od podejścia, że potrafię wyjść ze strefy komfortu.
Dziewczyny, Setka z hakiem to wydarzenie skierowane również do Was. Buduje charakter i dodaje pewności siebie. Było warto! Podziękowania należą się organizatorom. Bez Was to nie byłoby możliwe!